Portalspozywczy.pl - portal branży spożywczej i handlu

WYDARZENIA/KONFERENCJE
Uczestnicy panelu "Strategie firm mięsnych w sytuacji kurczącej się bazy surowcowej" na V Forum Rynku Spożywczego i Handlu

W obecnej sytuacji, kiedy nie ma sensu liczyć na szybki spadek cen surowca, firmy mięsne muszą szukać nowych rozwiązań, które zagwarantują im możliwość rozwoju. Uczestnicy panelu "Strategie firm mięsnych w sytuacji kurczącej się bazy surowcowej", który odbył się w ramach V Forum Rynku Spożywczego i Handlu wskazywali na szanse, jakie stwarzają nowoczesne strategie zarządzania, specjalizacja produkcji, inwestycje w maszyny i systemy IT, oraz proste, wydawałoby się, przestrzeganie zasad przy wykonywaniu czynności technologicznych. W dyskusji udział wzięli

Debatę otworzyła prezentacja Michała Koleśnikowa, specjalisty ds. analiz rynków rolnych Banku Gospodarki Żywnościowej, który przedstawił perspektywy dla odbudowy pogłowia świń. Potwierdziły one, że sytuacja nie wygląda pod tym względem najlepiej. Koniunktury nie ratują nawet wysokie ceny wieprzowiny oferowane w skupach rolnikom, bo opłacalność produkcji trzody chlewnej nadal jest na niskim poziomie. - Aktualnie pogłowie świń w kraju jest na poziomie z lat 50-tych ubiegłego wieku. Szanse, że pogłowie w lipcu przyszłego roku będzie przykładowo wyższe o 2 proc. oceniamy na poziomie 20 proc. Jednak w tym wypadku musiałyby zadziałać wspólnie dwa czynniki: spadek cen pasz i utrzymanie się wysokich cen mięsa w skupach. Większe szanse przypisujemy tym sytuacjom, gdzie pogłowie może obniżyć się w założeniu o 2 proc., lub pozostać odpowiednio na tym samym poziomie. Tym przewidywaniom dajemy szanse odpowiednio 35 proc. i 45 proc. - powiedział Koleśnikow.

Według niego, o tym jak bardzo w ostatnich latach skurczyła się baza surowcowa świadczy duży spadek pogłowia świń w masie ciała powyżej 50 kg. - Jest to grupa produkcyjna, z której zwierzęta prędzej, czy później są kierowane na ubój. To ta grupa określa stan dostępności tuczników. Jeszcze w 2006 roku pogłowie tej grupy wynosiło 6 mln szt. dane z tego roku mówią o ilości około 4 mln i jest to bardzo duży spadek - akcentował.

Mimo tego, że zakłady mięsne muszą już praktycznie walczyć o krajowy surowiec to sytuacja rolników nadal nie jest idealna. - Z relacji cen żywca wieprzowego do cen mieszanek paszowych wynika, że wysokie ceny wieprzowiny oferowane w ostatnich miesiącach w skupach nie zapewniały wysokiej opłacalności produkcji trzody chlewnej. Tą opłacalność zaniżały bardzo wysokie ceny pasz, które zmniejszały przychody rolników z produkcji - wyjaśnił analityk.

Trend malejącego pogłowia dotyczy nie tylko Polski. - Podobna sytuacja jest obserwowana w pozostałych krajach Unii Europejskiej, które monitorują regularnie stan swojego pogłowia. Dane z wiosny 2012 r. mówią o średnim spadku pogłowia świń w UE o około 3,9 proc w ujęciu rocznym - mówił Michał Koleśnikow.

Krzysztof Borkowski, poseł na Sejm RP, oraz prezes Zakładów Mięsnych Mościbrody zauważył, że polski surowiec mięsny, ze względu na dużą liczbę funkcjonujących gospodarstw, nie jest monolityczny, lecz jego parametry bywają bardzo różne. - To jest słabą stroną polskich produktów. Nie zdążyliśmy jeszcze zbudować dużych gospodarstw a zamiast tego zajęliśmy się kasacją tych, które działały. To przełożyło się spadek bazy surowcowej. Gros unijnych środków finansowych poszło na gospodarstwa małotowarowe. Te środki miały za zadanie skasować produkcję trzody chlewnej w Polsce. I to się udało! Zresztą Unia sama sobie też kasowała produkcję. W ten sposób strzeliła sobie w kolano - ocenił Borkowski. Jako szansę dla krajowego sektora wieprzowiny wskazał na bliskość rynku wschodniego. - Mięso wieprzowe z Polski, nie zamrożone, lecz w postaci schłodzonej, dojedzie na rynki wschodnie szybciej niż miałoby to miejsce z krajów Europy Zachodniej. Nie bez znaczenia jest też przyzwyczajenie naszych wschodnich sąsiadów do produktu polskiego. To jest nasza przewaga - zaznaczył.

Dodał, że polskie produkty, a w szczególności wyroby mięsne, coraz lepiej radzą sobie na rynkach eksportowych. - To nie ulega wątpliwości. Dotychczas wysyłki trafiały przede wszystkim do krajów Unii Europejskiej, ale w ostatnich latach atakujemy również rynki państw trzecich. Na znaczeniu zyskują kraje takie jak Korea i Chiny - powiedział poseł. - Polskie mięso ma dobre walory smakowe. Paradoksalnie, bijąc się na rynku globalnym przegrywa właśnie tym, że jest bardziej ekologiczne i po prostu lepsze. Konkurując na rynkach światowych zapomnieliśmy o promowaniu jakości a zamiast tego "poszliśmy w cenę". Tymczasem dzisiaj cenowo bardzo trudno jest się zmierzyć z wielkimi zachodnimi koncernami. Polskie koncerny są dopiero w fazie powstawania. Aczkolwiek można zauważyć, że całkiem dobrze sobie radzą. Gorzej dają sobie radę mniejsze zakłady - podkreślił.

O trudnościach w konkurencji na rynkach eksportowych mówił też Krzysztof Woźnica, prezes Zakładów Mięsnych Silesia. - Operatorzy i pośrednicy z Unii Europejskiej przyjeżdżają do naszego zakładu, aby spróbować kiełbasy myśliwskiej, jałowcowej, kabanosów czy kindziuka. Kończy się jednak za każdym razem tak samo - wskazują na mortadelę, tłumacząc, że właśnie takiego produktu by chcieli, tylko że jego cena musi być jeszcze o 20 proc. niższa od proponowanej przez dotychczasowego dostawcę, przeważnie firmę z rynku niemieckiego lub francuskiego - relacjonował.

W ZM Silesia eksport generuje około 8 proc. łącznej skali przychodów. - Jako zakład o dużych i nie do końca wykorzystanych mocach produkcyjnych, jesteśmy w stanie podejmować oczekiwane przez kontrahentów szarże cenowe. Staramy się dostarczyć im to, czego szukają. Pośrednikom zależy na maksymalnym ograniczeniu kosztów. Namawiają nas, żebyśmy zmieniali receptury, aby zużywać jeszcze mniej surowca mięsnego. Kiedy mówimy, że „mniej już się nie da", nalegają, aby przyjrzeć się dokładniej całemu procesowi produkcji - powiedział Woźnica. - Wielu może zdziwić fakt, że przykładowo, specyfikacja pierwszocenowej, najtańszej parówki w dowolnym polskim markecie jest o niebo lepsza, niż analogicznego produktu oferowanego na półkach sieci w Niemczech - dodał.

Przyznał, że ZM Silesia odnalazły się w niszy produktów z segmentu economy. - Eksportujemy wyłącznie pierwszocenowe produkty. Nie zajmujemy się wyrobami tradycyjnymi, długodojrzewającymi ani suszonymi. Próbowaliśmy wejść w tę kategorię na różne sposoby i chociaż wszyscy zachwycali się smakiem wędlin tradycyjnych, to kiedy dochodziło do sprzedaży, rozmawialiśmy już tylko o mortadeli i parówkach - podkreślił prezes ZM Silesia. - Druga sfera, w której się odnaleźliśmy to eksport mięsa wieprzowego, głównie na rynki naszych południowych sąsiadów, oraz krajów położonych dalej na południe. To trudna współpraca. Przede wszystkim ze względu na negatywną opinię o polskim mięsie. Często spotykamy się z brakiem przychylności, szczególnie na rynkach czeskim i słowackim. Ze względu na wewnętrzne problemy z tamtejszą żywnością, Czesi i Słowacy starają się za wszelką cenę dyskredytować polskie produkty - zauważył.

Jako przykład tego typu działań, wskazał na tzw. aferę solną. - Nie miała przecież ona nic wspólnego z mięsem nieprzetworzonym. Natomiast została wykorzystana przez naszych południowych sąsiadów maksymalnie jak się dało - ocenił Krzysztof Woźnica. - Niemniej, na wspomnianych rynkach walczymy nie tyle ceną, co wskazaną przez odbiorców specyfikacją zamawianej wieprzowiny i formami jej pakowania. Mimo nieprzychylnego rynku, udaje nam się odnosić pewne sukcesy - dodał.

Większość panelistów zgadzała się co do tego, że konsolidacja branży mięsnej nie ma szans na znaczące przyspieszenie. - Sporo firm chce się sprzedać, ale jeśli chodzi o jakość tych podmiotów, to nie jest ona do końca satysfakcjonująca. Są to raczej słabe podmioty - powiedział Krzysztof Wachowski, wiceprezes i dyrektor finansowy firmy Tarczyński.

- W branży mięsnej wszyscy mówią o konsolidacji, ale w przeciwieństwie do przemysłu mleczarskiego, proces ten postępuje bardzo powoli. Wiele zakładów przemysłu mięsnego boryka się z niewykorzystywanymi mocami przetwórczymi. Prędzej czy później dojdzie do wykruszania się tych podmiotów, które nie potrafią odnaleźć się w dzisiejszej trudnej rzeczywistości - powiedziała Grażyna Prokopiuk, prezes Zakładów Mięsnych ŁMeat Łuków. - Być może nie dorośliśmy jeszcze do konsolidacji. Obecnie branża mięsna musi iść w kierunku wdrażania innowacji. Otwarta jednak pozostaje kwestia znalezienia niszowego kierunku, który można wykorzystać, aby być konkurencyjnymi wobec pozostałych sektorów przemysłu spożywczego - dodała.

Dla ZM ŁMeat Łuków takim kierunkiem jest m.in. jest produkcja wołowiny dojrzewającej dla krajowego kanału HoReCa, oraz wędlin wołowych. - Uruchomiliśmy serię ekskluzywnych wyrobów wołowych: kabanosów, szynki wołowej i wędzonek dojrzewających. Oczywiście, jest to produkt bardzo drogi. Niemniej, ma swojego nabywcę, do którego można dotrzeć z pomocą odpowiedniej dystrybucji - zaznaczyła Prokopiuk.

- Nasz zakład ma podzieloną strukturę dystrybucyjną. Około 25 proc. stanowi sprzedaż we własnych placówkach firmowych, których mamy na dzień dzisiejszy blisko 140. Tę liczbę chcemy podwoić w ciągu najbliższych pięciu lat. Eksport wynosi, w zależności od miesiąca, od 25 do 30 proc. Jesteśmy też obecni w handlu hurtowym i nowoczesnym, które stanowią po ok. 25 proc. naszej sprzedaży - dodała.

- Produkcja niespotykanych do tej pory w Polsce wyrobów wołowych może być dobrą receptą na obecną sytuację. Szlachetne wędliny przeznaczamy nie tylko na rynek krajowy. Trwają już rozmowy z niemieckimi kontrahentami w sprawie ich eksportu - powiedziała prezes ŁMeat Łuków.

Zaznaczyła, że jej firma chce też wykorzystać obecną w Polsce niszę w segmencie karmy suchej. Na przyszły rok planuje budowę nowoczesnego zakładu produkcyjnego za kilkadziesiąt milionów złotych. - W tej chwili jesteśmy trzecim producentem, jeśli chodzi o udział w rynku karmy mokrej. Nasze marki są już rozpoznawalne na terenie całego kraju. Produkcję pet-food prowadzimy w oddzielnym, wyposażonym w nowoczesne technologie zakładzie - zaznaczyła Prokopiuk.

Dodała, że znany niemiecki producent karmy zrezygnował właśnie z zamawiania towaru z Finlandii, aby przenieść całą produkcję do Polski. - Jesteśmy producentem uznanych na rynkach Europy Zachodniej marek weterynaryjnych. Produkujemy na przykład karmy z udziałem mięsa renifera, czy innymi dodatkami. To są nisze, które staramy się wykorzystywać - wskazała prezes ŁMeat Łuków. Podkreśliła, że trzeba korzystać z całej palety możliwości surowcowych, jakie niesie ze sobą branża mięsna. - Nie tylko wykorzystanie szynki czy karkówki, ale również ubocznych artykułów uboju jest bardzo ważne. Warto pamiętać zasadę, że „ze świnki powinien zostać tylko kwik" - podsumowała.

W dyskusji często pojawiał się tamat podnoszenia efektywności i optymalizacji produkcji. Cezary Pszczoliński, senior sales manager Marel Polska zwrócił uwagę, że dotychczasowa prosta ścieżka generowania lepszych zysków przez zwiększenie marż lub rozszerzenie skali produkcji w tej chwili jest już praktycznie zamknięta. - Coraz więcej zakładów mięsnych twierdzi, że nie jest w stanie wykorzystywać w pełni swoich mocy produkcyjnych. Jasne jest, że jeżeli nadal wszyscy będą produkowali to samo, to wszyscy trafią w to samo niezbyt pozytywne miejsce, czyli będą musieli walczyć o przetrwanie, pracując na skraju opłacalności. Rozwijać się będą tylko te firmy, które będą w stanie wyróżnić się skalą produkcji albo, w drugim przypadku, te które pójdą pod prąd i zaproponują klientom coś nowego - powiedział Pszczoliński.

- Mówiąc o zwiększeniu skali produkcji, mam na myśli jej rozwój poprzez specjalizację. Przez lata było tak, że prawie każdy zakład mięsny robił wszystko, począwszy od uboju, rozbioru, aż po produkcję kilkuset asortymentów przetworów. Ten model biznesowy się skończył. W ten sposób daleko nie zajdziemy - podkreślił senior sales manager Marel Polska. - Firmy mięsne, które nie zamierzają zrobić nic, w obecnej trudnej sytuacji nie poradzą sobie na rynku - dodał. Wyraził również opinię, że w skali makroekonomicznej mamy w tej chwili do czynienia nie z kryzysem, ale "z pewnego rodzaju zamieszaniem, z którego wykluje się coś zupełnie nowego".

Jednak zanim nadejdą nowe czasy, branża musi rozwiązać kilka problemów. Jednym z poważniejszych jest uregulowanie zagadnień związanych ze skupem zwierząt do uboju. - Wszyscy doskonale wiedzą, że 95 proc. bydła jest nabywanych w ramach skupu bezpośredniego. Pośrednicy, którzy dokonują zakupu w oparciu o ocenę przyżyciową, odsprzedają do zakładów surowiec według oceny poubojowej, zgarniając marżę w wysokości 15-25 proc. - powiedział prof. dr hab. Andrzej Pisula z Wydziału Nauk o Żywności, Zakładu Technologii Mięsa w SGGW.

W przypadku trzody chlewnej zakłady przetwórstwa mięsa mają większe szanse na kontrakty z wielkimi firmami. - Trzeba sobie jednak uzmysłowić, że w tej chwili w Polsce hodowlą trzody chlewnej zajmuje się ok. 300 tys. gospodarstw. Większych ferm, produkujących na poziomie powyżej stu tuczników, jest tak naprawdę 80 tys. Dopiero niedawno Polski Związek Hodowców i Producentów Trzody Chlewnej Polsus zaczął głośno mówić o tym, że ferma hodowlana powinna posiadać minimum dwieście loch, aby móc wyprodukować ilość prosiąt mogącą zapewnić „za jednym zamachem" całe zasiedlenie - zauważył prof. Pisula. - To może pomóc rozwiązać problem marży na skupie żywca. W przypadku trzody chlewnej marże pośredników wynoszą między 7 a 10 proc. - dodał.

Zwrócił uwagę, że w przypadku zakładów ubojowych koszt pozyskania surowca generuje w przybliżeniu 70 proc. kosztów operacyjnych. - Gdzie jeszcze można szukać oszczędności? Na pewno w poprawnym wykonywaniu czynności technologicznych. To odgrywa olbrzymią rolę - podkreślił profesor. - Od 1 stycznia wchodzą w życie nowe przepisy odnośnie dobrostanu w zakresie przygotowania zwierząt do uboju. Według danych z badań Instytutu Przemysłu Mięsnego, oddziału w Poznaniu, blisko połowa tusz wieprzowych wykazuje wady technologiczne. W 40 proc. sztuk buhajów występuje wada DFD. Jeśli potrafilibyśmy przygotować zwierzęta do uboju w taki sposób, aby uniknąć tego typu błędów, mielibyśmy szansę na zwiększenie zysków - zaznaczył.

Wskazał także na temat wychładzania poubojowego. - Prawdą jest, że szybkie dwufazowe wychładzanie daje oszczędność na poziomie ok. jednej jednostki procentowej. Przy 100 tonach dziennie oznacza to olbrzymie oszczędności. Jednakże prawdą jest również to, że przyspieszone wychładzanie nie pozwala mięsu kulinarnemu dojrzewać - podkreślił prof. Andrzej Pisula.

Zdaniem Krzysztofa Wachowskiego duży potencjał do znajdowania oszczędności stwarzają dla firm mięsnych nowoczesne rozwiązania IT. - Kilkanaście lat temu marża osiągana przez branżę mięsną była wysoka. Jednocześnie duży był poziom błędów przy produkcji. Obecnie marża jest na przysłowiową "żyletkę", więc jeśli dobrze wszystkiego nie zaplanujemy i nie policzymy, może się okazać, że do danego zlecenia czy asortymentu będziemy musieli dokładać - zauważył wiceprezes firmy Tarczyński.

Systemy informatyczne pomagają menedżerom podejmować trafne decyzje "na bieżąco". - Pomagają także prognozować, np. przy często zmieniających się cenach surowca. Dzięki nim można liczyć rentowność na każdym asortymencie, oraz na każdym kliencie. To jest w tej chwili klucz do sukcesu - podsumował Wachowski.

Maciej Przyborski, wiceprezes Krajowej Rada Drobiarstwa, oraz członek zarządu Grupy Drosed przywołał postulat powrotu do stosowania mączek mięso-kostnych w paszach. - Dzięki temu moglibyśmy oszczędzić na używanych obecnie białkach i aminokwasach syntetycznych. Warto pamiętać, że mączki są znacznie lepiej przyswajalne przez zwierzęta, łatwostrawne i stosunkowo tanie - przypomniał.

Dodał, że brał udział w ostatnim walnym zgromadzeniu AVEC, organizacji reprezentującej sektor drobiarski z całej Unii Europejskiej. - Niestety, przywiozłem stamtąd złe wieści. Mimo tego, że neutralne laboratoria potwierdziły, iż mączki nie stwarzają żadnego zagrożenia; mimo tego, że przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Barroso podpisał list, w którym wyraża zgodę na przywrócenie mączek - najpierw dla ryb, potem dla drobiu i większych zwierząt; mimo, że wszyscy producenci są za powrotem mączek, bo widzą w tym logikę, oszczędność kosztów i częściowe uniezależnienie od importu soi; mimo tego wszystkiego, rządy takich krajów jak Francja, Niemcy, Hiszpania i Wielka Brytania oficjalnie zdecydowały, że są przeciwne powrotowi mączek mięso-kostnych - relacjonował Przyborski.

- Przez najbliższe dwa lata nie możemy nawet marzyć o powrocie mączek, ponieważ jesteśmy zablokowani przez wymienione kraje. Ich stanowisko zostało wyrażone publicznie podczas obrad AVEC i zapisane w protokołach. Na pytanie o to, kiedy producenci mogą liczyć na negocjacje w tej sprawie, okazało się, że nie możemy oczekiwać dyskusji, bo przedstawione stanowisko nie jest opinią AVEC, tylko rządów Francji, Niemiec, Hiszpanii i Wielkiej Brytani, czyli największych europejskich producentów drobiu. Z czego zatem wynikają ich obawy? Pierwszą z nich jest teza, że konsument przestraszy się zagrożenia BSE. To czysty populizm, ale zgadzam się, że niektóre media i obozy polityczne mogą w kontekście mączek nawiązywać do tematu chorób u ludzi. Druga sprawa dotyczy faktu, że skarmianie krzyżowe - drobiu mączkami wieprzowymi a trzody chlewnej drobiowymi - już na pierwszym spotkaniu Hiszpanii i Francji wywołało negatywną reakcję firm drobiarskich produkujących pod halal. Według nich muzułmanie przestraszą się kurcząt skarmianych częściowo mączkami wieprzowymi - dodał wiceprezes KRD.

Zwrócił uwagę na absurdalność tej prognozy. - Przy obecnych możliwościach identyfikacji produktu można przecież sprawdzić czym były skarmiane kurczęta. Można podzielić hodowlę - zauważył.

Dodał, że Polska, która eksportuje sporą część drobiu na rynki trzecie, zabiega o zgodę na eksport drobiu produkowanego na bazie mączek poza UE. - Brak zgody na stosowanie mączek w produktach na rynki unijne, nie powinien przekreślać możliwości tego typu produkcji na rynki światowe. Producenci drobiu są szczegółowo kontrolowani, więc nie stwarza to żadnego rodzaju zagrożeń. Propozycja będzie obecnie rozpatrywana. Jednak łatwo nie będzie - zaznaczył Maciej Przyborski.

Prosta nie jest też sytuacja producentów wędlin tradycyjnych. - Nie ma szans, aby produkty tradycyjne masowo zalały rynek. Mogą natomiast stać się wyrobami flagowymi dla średnich i dużych firm mięsnych, produkujących na dużą skalę, jako taki „kwiatek" w asortymencie - ocenił Jerzy Skonieczny, właściciel P.H.P. Tradycyjne Jadło. - Rozwój sprzedaży wędlin tradycyjnych hamuje sytuacja ekonomiczna konsumentów, oraz wysokie koszty produkcji tego typu wyrobów - dodał.

Zwrócił uwagę, że producenci wędlin tradycyjnych są wyjątkowo czuli na wahania cen surowca. - Jego udział w koszcie produktu jest jeszcze wyższy niż u pozostałych uczestników rynku mięsa. Duże koszty generuje także praca. Przy produkcji wyrobów tradycyjnych automatyzacja nie wchodzi w grę - zaznaczył.

W dyskusji udział wzięli: Krzysztof Borkowski - Poseł na Sejm RP, Prezes Zarządu, Zakład Mięsny Mościbrody Sp. z o.o.; Michał Koleśnikow - Ekspert ds. Analiz Rynków Rolnych, Bank BGŻ; Andrzej Pisula - Wydział Nauk o Żywności, Zakład Technologii Mięsa, Szkoła Główna Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie; Grażyna Prokopiuk - Prezes, Zakłady Mięsne Łmeat-Łuków SA; Maciej Przyborski - Wiceprezes Zarządu, Krajowa Rada Drobiarstwa, Członek Zarządu, Drosed SA; Cezary Pszczoliński - Senior Sales Manager - Mięso, Marel Polska Sp. z o.o.; Jerzy Skonieczny - Właściciel, P.H.P. Tradycyjne Jadło; Krzysztof Wachowski - Wiceprezes Zarządu, Tarczyński SA; Krzysztof Woźnica - Prezes Zarządu, Zakłady Mięsne Silesia SA. Moderatorem był: Łukasz Rawa - Redaktor, Rynek Spożywczy, portalspozywczy.pl
 

POLECAMY W SERWISACH