REKLAMA

Portalspozywczy.pl - portal branży spożywczej i handlu

REKLAMA
REKLAMA
WYDARZENIA/KONFERENCJE
Uczestnicy debaty "Innowacyjność w branży mięsnej – przyszłe kierunki rozwoju sektora"

Obecne warunki biznesowe wymuszają na firmach mięsnych wdrażanie zmian technologicznych, oraz wprowadzanie innowacji w procesach produkcyjnych. Przy rentowności sektora na poziomie 1 proc., dla przetwórców mięsa liczy się każdy grosz - wynika z debaty "Innowacyjność w branży mięsnej - przyszłe kierunki rozwoju sektora" zorganizowanej w ramach VI Forum Rynku Spożywczego i Handlu.

Dyskusję otworzyła wypowiedź Tomasza Łączyńskiego, prezesa ZM Pekpol Ostrołęka, który przyznał, że obecnie firmy w branży mięsnej „walczą o grosze a nie o złotówki". - Dlatego rentowność produkcji jest na każdym etapie bardzo szczegółowo monitorowana. Wiąże się z tym wprowadzanie przez zakłady innowacji, których celem jest umocnienie ich pozycji konkurencyjnej. Obserwując sytuację w naszej branży, oraz oferty dostawców technologii, a jednocześnie nie tracąc z oczu oczekiwań konsumentów, można łatwo dojść do wniosku, że innowacyjność stawia przed nami duże wyzwania - powiedział Łączyński. - Nie bez znaczenia jest fakt, że inwestycje w innowacje generują znaczące koszty. Muszą być zatem poprzedzone dokładną kalkulacją, uwzględniającą „czynnik ludzki". Czasami zdarza się bowiem, że nowoczesne rozwiązania wyprzedzają możliwości kadry w zakresie ich wykorzystania - dodał.

Krzysztof Woźnica, prezes Zakładów Mięsnych Silesia potwierdził, że innowacyjność w branży mięsnej to nie tylko nowe produkty, ale przede wszystkim zmaganie się z kosztami, ich optymalizacja. Nawiązując do opinii prezesa Pekpolu, Woźnica podkreślił, że podnoszenie poziomu wykorzystania potencjału ludzkiego w firmach jest szczególnie ważne. - Optymalizacja jest w początkowej fazie kosztowna, ale jej przeprowadzenie pozwala spokojniej patrzeć w przyszłość. W naszym zakładzie inwestycje w zwiększenie efektywności pochłonęły niemałe środki finansowe, ale to właśnie dzięki nim możemy teraz poszczycić się przyzwoitą rentownością na poziomie ok. 3,5 proc., podczas gdy średnia w branży oscyluje w okolicach 1 proc. - powiedział prezes Zakładów Mięsnych Silesia. - Nasz zakład nie jest oczywiście jedynym tego rodzaju przykładem. Analizując rynek nietrudno zauważyć te zakłady, które mocno zainwestowały w nowoczesne technologie. Teraz ich przychody wyraźnie przekraczają osiągnięcia firm, które takich procesów nie przeprowadziły - zaznaczył.

- Innowacyjne rozwiązania pomagają radzić sobie na trudnym rynku. Dlatego poza ekstraligą w polskiej branży mięsnej, czyli grupami Animeksu i Sokołowa, wytwarza się coraz silniejsza pierwsza liga zakładów o przychodach w granicach między 400 a 600 mln zł. W większości przypadków są to firmy, które swój dzisiejszy status zawdzięczają rozsądnym, ale konsekwentnym inwestycjom w park technologiczny i optymalizację procesów z udziałem siły roboczej - wyjaśnił.

Jak zauważył wiceprezes zarządu ds. handlu i marketingu w Grupie Sokołów Mieczysław Walkowiak, w firmie wielkości Sokołowa nie można byłoby mówić o rozwoju, gdyby kwoty przeznaczane rocznie na inwestycje były niższe niż 100 mln zł. - Mam w tym kontekście na myśli bieżące inwestycje, czyli m.in. wymianę urządzeń czy linii produkcyjnych. Grupa Sokołów zatrudnia ok. 7 tys. pracowników. Dzienna produkcja w zakładach wchodzących w skład grupy wynosi w przybliżeniu milion kilogramów. Nasza firma od samego początku jest ukierunkowana na konsekwentne realizowanie inwestycji. Przeznaczamy na ten cel duże środki. Oprócz bieżących inwestycji, realizujemy również nowe projekty, takie jak np. rozbudowa zakładów. To pociąga za sobą kolejne dziesiątki milionów złotych - tłumaczył Walkowiak.

- Jedynym rozsądnym kierunkiem inwestycji są obecnie wysokowydajne linie i urządzenia. W tej chwili w branży mięsnej liczy się każda złotówka czy nawet grosz. Oszczędności stają się możliwe, kiedy ogranicza się kosztotwórcze czynniki, w tym pracę ludzką - wskazał. Zaakcentował też, że planując wydatki trzeba zachować trzeźwą ocenę sytuacji i nie przeinwestować. - W naszej branży znamy takie przypadki, kiedy nie do końca przemyślane inwestycje miały dla firm bardzo niekorzystne skutki - przypomniał.

Wydaje się, że branża zdaje sobie z tego sprawę, ponieważ jak podkreślił Zbigniew Nowak, prezes Zakładów Mięsnych Nowak, w skali całego sektora poziom inwestycji spada. - Trzeba jasno określić, że w bieżący rok jest okresem zmniejszonych inwestycji w branży mięsnej. Większość programów unijnych się zakończyła, zostało ich bardzo niewiele. Apogeum inwestycji na rynku mięsa miało miejsce ok. 5 lat temu, kiedy wsparcie unijne było bardzo wysokie - stwierdził Nowak.

Jego zdaniem maszyny masarskie mogą pracować z powodzeniem nawet przez kilkanaście lat, a w przypadku kutrów nawet przez ponad dwadzieścia. Dlatego nie ma sensu często ich wymieniać. - Innym problemem są nietrafione inwestycje. Przykładowo firmy, które zainwestowały w krajalnice, znalazły się w sytuacji, kiedy nie za bardzo miały co nimi kroić, ponieważ ilość zakładów dopuszczonych do sieci nowoczesnej dystrybucji jest ograniczona a to właśnie one mogą w głównej mierze korzystać na sprzedaży produktów krojonych. Z drugiej strony powstało już wiele przedsiębiorstw, które specjalizują się w samym krojeniu - wyjaśniał prezes ZM Nowak. - Wydaje mi się, że 2013 r. jest czasem wyciszania inwestycji. Tym bardziej, że w dzisiejszych warunkach przed każdym wydatkiem zarząd firmy mięsnej niezwykle dokładnie liczy pieniądze. Nawet w kontekście dopłat, zakłady mięsne nie postępują pochopnie, drobiazgowo sprawdzając czy dany projekt przyniesie zakładane przychody - dodał.

- Branża mięsna ciągle znajduje się pod różnego rodzaju presją. Chociażby ze strony sieci handlowych, które traktują nasze wyroby, jako towar impulsowy, przy sprzedaży ok. 20 tys. asortymentów. Sieci mogą oferować produkty mięsne nawet o 25 proc. taniej niż my. To przekłada się spadek rentowności sektora. Ten i inne problemy sprawiają, że firmy z branży mają przed sobą ważniejsze wyzwania, niż dalsze inwestycje. W pierwszej kolejności zależy nam na uregulowaniu rynku - zaznaczył Nowak.

Prof. dr hab. Andrzej Pisula z Zakładu Technologii Mięsa SGGW przekonywał, że przykłady działających od jakiegoś czasu na naszym rynku olbrzymich przedsiębiorstw, takich jak Pini Polonia czy Sokołów, wskazują na to, że mimo trudnych warunków biznesowych, osiąganie dobrych wyników jest możliwe. Profesor podkreślił, że sukces wspomnianych firm bazuje w głównej mierze na tym, że są wspaniale przystosowane do obecnych realiów pod względem technicznym i technologicznym, ale również marketingowym. - Dostosowanie zakładów mięsnych do obecnych standardów technologicznych jest kluczowe dla ich rozwoju - zaznaczył Andrzej Pisula. - W ostatnich miesiącach możemy obserwować zmiany nie tylko na naszym własnym rynku, ale też na rynkach światowych. Globalny przemysł mięsny ulega znaczącym przeobrażeniom. Mówimy o m.in. konsolidacji. Warto przypomnieć, że Tyson, największa firma mięsna na świecie ma 80 mld dolarów rocznego obrotu. Smithfield Foods ma 20 mld dolarów rocznego obrotu i został właśnie przejęty przez chiński koncern Shuanghui International. Największa europejska firma mięsna Danish Crown ma ok. 7 mld euro rocznego obrotu. Polityka wymienionych koncernów w dużym stopniu wpływa na całokształt sytuacji na rynku mięsa - zauważył.

Ocenił również, że powinniśmy pielęgnować zdobycz, jaką jest różnorodność wyrobów mięsnych na polskim rynku. Nigdzie indziej na świecie nie ma tak szerokiej oferty wysokiej jakości produktów, dostosowanej do różnych preferencji i możliwości finansowych konsumentów. Jaskrawym przeciwieństwem Polski jest pod tym względem Dania. - Na tamtym rynku funkcjonuje właściwie jedna firma, czyli Danish Crown. Kontroluje 95 proc. rynku. Resztę stanowią bardzo niewielkie zakłady przetwórcze o lokalnym znaczeniu. Skutek jest taki, że w duńskich sklepach można dostać kilka rodzajów salami, kilka rodzajów frankfurterek i prawie nic więcej. To jest ich całe przetwórstwo - ocenił Andrzej Pisula. - Niemniej, należy jednoznacznie podkreślić, że wielki asortyment produktów mięsnych w Polsce poddawany jest ostrej krytyce. Przez kogo? Na pewno nie przez specjalistów - dodał.

Marek Sawicki, poseł na Sejm RP, Zastępca Przewodniczącego w Sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi poruszył problem silnej konkurencji wewnątrz sektora mięsnego. - Silna konkurencja wewnętrzna w Polsce nie sprzyja konkurowaniu krajowej branży mięsnej na rynkach zagranicznych - powiedział.

W ocenie byłego ministra rolnictwa, aby eksport polskiego mięsa i jego przetworów nabrał rozpędu potrzebna jest szeroko zakrojona promocja, skierowana nie tylko do krajów UE, ale także na rynki państw trzecich. - Dotychczasowe działania w tym zakresie nie są wystarczające. Wydaje mi się, że nikt nie jest z nich w pełni zadowolony - zauważył Marek Sawicki. Odniósł się również do zagadnienia roli państwa w stymulowaniu rozwoju sektora mięsnego, na wstępie nadmieniając, że najwięksi rynkowi gracze, tacy jak Pini Polonia czy Sokołów nie potrzebują żadnego wsparcia, bo sami doskonale sobie radzą.

- Wydaje mi się, że polską specjalnością jest różnorodność asortymentowa w zakresie przetworów mięsnych. Wiąże się z tym także nowa perspektywa finansowa, która otwiera ogromne pola dla rozwoju innowacyjności budowanej na bazie klastrów, na bazie równej współpracy producenta surowca i przetwórcy. Oznacza to, że mamy szansę szybkiej wspólnej organizacji rynku i stania się poważnym oferentem różnorodnego produktu mięsnego o podwyższonej jakości na rynki unijne. Nie porywajmy się pochopnie na dalekie rynki. Niech na pierwszym planie pozostaną rynki państw Wspólnoty. Europejski konsument w najbliższych latach pozostanie konsumentem bardzo wymagającym i zarazem bogatszym niż konsumenci z pozostałych regionów - prognozował.

Dodał, że jego zdaniem małym i średnim przedsiębiorcom, którzy jeszcze do 2015 r. mogą sięgnąć po duże wspólnotowe środki modernizacyjne skorelowane z innowacyjnością, nie są potrzebne inwestycje w ulepszanie składu przetworów, ale odnalezienie tradycyjnych receptur. - Przede wszystkim zaś nie należy tracić z oczu znaczenia współpracy wewnątrz branży. Żadna sieć, żaden rynek nie będzie zainteresowany ofertą kilku lub kilkunastu ton produktu dziennie. Wszyscy o tym doskonale wiemy - podkreślił Sawicki.

- W ramach światowej publicznej dyskusji o żywności, w ostatnim czasie często pojawiały się nieprzyjazne głosy na temat polskich produktów. Szczerze mówiąc ta sytuacja mnie dziwi, na co zwracałem już wielokrotnie uwagę, m.in. w rozmowach z przedstawicielami branży mięsnej, oraz z ministrem rolnictwa Stanisławem Kalembą. Dziwi mnie to, że nie wytoczyliśmy kilku procesów wobec Czechów i Słowaków - dodał.

Zdaniem Marka Sawickiego wobec tych mediów, które w nieuzasadniony sposób, bez żadnych potwierdzeń szkalowały polską żywność, a właściwie nadal to robią, nie zostały wyciągnięte należyte konsekwencje. - Jeśli branża rolno-spożywcza jest zbyt rozdrobniona i pojedynczych firm nie stać na podjęcie kroków w tej sprawie, to można przecież działać w ramach funkcjonujących grup lub stowarzyszeń. Takie inicjatywy są bardzo potrzebne - przekonywał były minister rolnictwa. - Warto też zwrócić uwagę, że w dyskusji publicznej często słyszymy, że co prawda polska eksportem żywności stoi, ale są to przede wszystkim cytrusy, wyroby kawowe czy kakaopodobne... To kompletna bzdura! W pierwszej kolejności eksportujemy licząc razem owoce i warzywa. Drugie miejsce zajmuje zaś eksport produktów branż mięsnej i mleczarskiej. To one stanowią naprawdę potężną wartość eksportową - wyjaśnił.

Odniósł się także do sytuacji na rynku wieprzowiny. - W polskim sektorze rolno-spożywczym wszystkie rynki mamy uporządkowane, poza rynkiem wieprzowiny. W mojej ocenie nie da się odbudować pogłowia w systemie przemysłowym, ponieważ w tym systemie konkurencja zbytnio nas już wyprzedziła. Powinniśmy pójść inną drogą - powiedział.

Tą drogą mógłby być system „podwyższonej jakości". - Przy współpracy przetwórstwa z producentami surowca, ale także z genetykami, jesteśmy w stanie powrócić do roli znaczącego producenta wieprzowiny na rynki europejskie. Nie nastąpi to prędko, ale w perspektywie 15-20 lat jest możliwe - prognozował Sawicki.

Wskazał również, że w rozwoju sektora mięsnego kluczową rolę ma szansę odegrać segment małych i średnich przedsiębiorstw. - Dobrze zorganizowane małe przedsiębiorstwa mięsne posiadające stabilne rynki zbytu są na tle całej branży w uprzywilejowanej pozycji - uważa były minister. - Małe i średnie zakłady mięsne są szansą polskiego sektora, jeśli chodzi o rozwój sprzedaży na rynki europejskie, a w dalszej perspektywie również na rynki pozaunijne. Wydaje mi się jednak, że hamulcem tej ekspansji jest dotychczasowy brak ścisłej współpracy przetwórców z producentami surowca. Co prawda niektóre zakłady starają się odbudowywać wzajemne zaufanie, ale na razie skala importu surowca do Polski jest wciąż duża - dodał.

Prof. dr hab. Mirosław Słowiński z Zakładu Technologii Mięsa SGGW zauważył, że chociaż mamy w kraju świetnie zorganizowane zakłady mięsne, które produkują znakomite wyroby, to miejscem Polski na globalnym rynku mięsa jest jednak produkcja surowca, nie zaś jego przetwórstwo. Dlaczego powinniśmy skupić się na surowcu? - Surowiec mięsny jest w całej Europie dość podobny. Tymczasem w naszym kraju posiadamy rodzime rasy świń, których mięso charakteryzuje się wyjątkowymi parametrami. Można dyskutować o tym czy jest one lepsze czy gorsze, ale z całą pewnością jest inne. Dlatego rozwój produkcji rodzimych ras świń ma moim zdaniem duży potencjał. Oczywiście, jeśli zdecydujemy się na jego realizację, będzie to kosztowało wiele wysiłku - ocenił Mirosław Słowiński.

- Barierą dla rozwoju przetwórstwa mięsa jest fakt, że każda nacja preferuje swoje własne specyficzne smaki, co utrudnia ekspansję zagraniczną. Oczywiście staramy się podbijać rynki europejskie i azjatyckie, odnosimy nawet w tych działaniach pewne sukcesy. Niemniej wydaje mi się, że aby rozwój eksportu przetworów mięsnych mógł przyspieszyć, powinniśmy dopasować receptury wędlin do przyzwyczajeń smakowych konsumentów w krajach, do których kierowane mają być wysyłki. Musimy zdefiniować produkcję pod tamtejsze potrzeby - dodał profesor.

Poprawa kondycji sektora produkcji wieprzowiny wymaga w Polsce dużo pracy. - Gołym okiem widać, że pogłowie spada a import rośnie. Do kraju trafia nie tylko coraz więcej żywca, ale także warchlaka. Na razie mało kto o tym mówi, ale tygodniowo do Polski wjeżdża ok. 100 tys. warchlaków, które w różnej formie trafiają do rolników - stwierdził Roman Miler, wiceprezes PKM Duda.

W jego ocenie nie ma sensu oczekiwać, że sytuacja na rynku żywca wieprzowego w najbliższym czasie się poprawi. - Duża praca w tym zakresie leży po stronie legislacyjnej. Mam zwłaszcza na myśli przepisy dotyczące ochrony środowiska. Normy obowiązujące przy uruchamianiu nowych ferm, a szczególnie tzw. ferm matczynych - zarodowych, to obecnie „droga przez mękę". Pozwolenie zintegrowane jest zmorą każdego potencjalnego inwestora czy przedsiębiorcy. Dlatego firmy uciekają od tego rozwiązania, opierając swoją działalność na tuczu kontraktowym - tłumaczył wiceprezes PKM Duda.

- W branży rzeźnianej nie ma już miejsca dla małych podmiotów. Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że brakuje go również dla średnich ubojni. Kluczową kwestią decydującą o kondycji poszczególnych zakładów jest ich struktura sprzedaży, a w jej ramach - eksport. Każdy z elementów wieprzowych musi znaleźć swój rynek docelowy - dodał.

Zwrócił też uwagę, że branża mięsna potrzebuje wsparcia rządu w obszarze „udrażniania kanałów sprzedaży", czyli otwierania nowych rynków dla polskiego mięsa. - Takim kluczowymi rynkami są Unia Celna i rynki azjatyckie. Od atmosfery pomiędzy Polską a partnerami zagranicznymi naprawdę wiele zależy - podkreślił Miler. - Zakład produkcji rzeźnianej bez dobrze zorganizowanej sprzedaży zagranicznej raczej nie ma szans na utrzymanie rentowności - zaznaczył.

Anna Olewnik-Mikołajewska, prezes firmy Zakłady Mięsne Olewnik wskazywała na konieczność wzrostu efektywności branży. - Aby zdobyć trwałą przewagę konkurencyjną na obecnie wyjątkowo wymagającym rynku mięsa, należy konsekwentnie pracować nad zmniejszaniem jednostkowych kosztów wytworzenia produktu. Można to osiągnąć m.in. poprzez zwiększanie skali produkcji. Duże znaczenie ma też optymalizacja produktów, np. w ramach szeroko pojętej specjalizacji. Warto również przeanalizować koszty związane ze sprzedażą, dystrybucją i logistyką. W wielu firmach są to obszary, gdzie możliwe jest jeszcze zwiększenie efektywności - powiedziała prezes ZM Olewnik.

POLECAMY W SERWISACH