-
Małgorzata Machnicka
analityk rynku handlu detalicznego w firmie PMR
Tak naprawdę na początku nie chodziło wcale o sprzedaż włoskiego makaronu, suszonych pomidorów, oliwy z oliwek czy wina, ale o produkcję odzieży. Niestety, a może na szczęście, Mario Scudellari, późniejszy założyciel North Coast, nie znalazł w naszym kraju wystarczającej liczby szwaczek, które mogłyby szyć dla włoskiego kontrahenta.
Giorgio w Warszawie
Scudellari nie zraził się niepowodzeniem i wpadł na pomysł, aby zarabiać na imporcie do polski markowych włoskich produktów. - Zaczynaliśmy bardzo skromnie, od tuńczyka w puszce, oliwy z oliwek i soków Parmalat - wylicza, żywo gestykulując Giorgio Pezzolato, wiceprezes North Coast, który dołączył do Scudellariego w roku 1993.
Należy pamiętać, jak nasz kraj wyglądał na początku lat 90., tuż po obaleniu komunizmu, z trudnymi reformami Balcerowicza i "dzikim" kapitalizmem. Jednak dla wielu ten czas był ogromną szansą i właśnie tę szansę postanowili wykorzystać Włosi. - Na polskim rynku brakowało wtedy właściwie wszystkiego, a przede wszystkim nie było na nim towarów z Włoch. Co ważne, nie było żadnej konkurencji - opowiada Pezzolato.
Mario Scudellari prowadził równocześnie interesy we Włoszech, gdzie miał fabrykę odzieży. Było mu trudno pogodzić obie działalności. - Zaproponował, bym został jego wspólnikiem. Pomysł mi się podobał, bo zawsze chciałem prowadzić własny biznes. Z czasem odkupiłem udziały i przejąłem od niego przedsiębiorstwo - mówi wiceprezes.
Na obecny kształt firmy duży wpływ miał obecny prezes North Coast, Silvano Fiocco, którego Giorgio Pezzolato poznał w niezwykłych okolicznościach. - To było mniej więcej rok po tym, jak rozpocząłem pracę w Polsce. Wracałem do Włoch i w Wiedniu zaskoczył mnie strajk Austrian Airlines, a był to chyba jedyny protest pracowników tych linii lotniczych w historii - irytuje się Pezzolato. Jak się okazało, nie był jedynym Włochem, którego strajk zatrzymał na lotnisku. Czas mijał, a ciągle nie było wiadomo, kiedy protest się zakończy. - Postanowiłem wrócić do domu pociągiem.
Na postoju taksówek przed terminalem zobaczyłem mężczyznę, który wyglądał mi na Włocha, więc go zagadnąłem: - Buongiorno! Później wszystko potoczyło się już samo. Wsiedliśmy do jednej taksówki, a później do pociągu jadącego do Wenecji. W czasie podróży dużo rozmawialiśmy, mówiłem Silvano o Polsce oraz planach na przyszłość. Doskonale się rozumieliśmy i wtedy zaproponowałem mu, by został moim wspólnikiem. I tak to się zaczęło - śmieje się wiceprezes. - A ja po krótkim namyśle zdecydowałem, że chcę pracować z Giorgio w Polsce - przytakuje Silvano Fiocco.


Prześlij»
Drukuj»
Komentuj»








