Niemal sto lat temu przybył do Krakowa Jan Noworolski, cukiernik, który fachu uczył się u Ferdynanda Grosa, właściciela pierwszej fabryki czekolady we Lwowie. Ten zaś był uczniem słynnego wiedeńczyka Sachera. Po wyremontowaniu dawnej knajpy dla wozaków otworzył w Sukiennicach cukiernię.
Dziś nazwalibyśmy ją raczej kawiarnią. Noworolski w Sukiennicach (jedna z czterech kawiarni w Krakowie w owym czasie) szybko stała się ulubionym miejscem spotkań kulturalno-naukowej elity miasta.
Było w dobrym tonie bywać u "Noworola", co też Boy uwiecznił w jednej ze swoich fraszek.
Kawiarnia była, jak wspomina Wojciech Noworolski, najnowocześniejsza w Krakowie, elegancko urządzona. Miała pierwszy w Polsce ciśnieniowy ekspres do kawy. Jej wykraczająca poza Kraków sława trwała bez przeszkód do II wojny.
W 1941 roku z rozkazu generalnego gubernatora Hansa Franka kawiarnię przejął (na podstawie pisemnej umowy !!) niemiecki zarządca Aleksander Frochner i miał Janowi Noworolskiemu płacić markę miesięcznie za tę swego rodzaju dzierżawę. Ale nie płacił.
Po wyzwoleniu syn Jana Tadeusz, także z zawodu cukiernik, wraz z personelem obronił lokal przed dewastacją po wkroczeniu Rosjan i Noworolscy jak dawniej prowadzili kawiarnię aż do 1949 roku.
Wtedy to, w ramach bitwy o handel, władza ludowa zabrała kawiarnię tym razem bez żadnej umowy i podstawy prawnej, a funkcjonariusze, którzy kazali Noworolskim natychmiast się wynosić, zabrali z kasy nie tylko utarg, ale także rodzinną biżuterię. Założyciel firmy wyrzucenie z Sukiennic przypłacił śmiercią z powodu wylewu.
W 1990 roku władze miasta zdecydowały, że lokal należy oddać Noworolskim. Po 103 dniach trwającego protestu pracownic PSS Społem, które kawiarnią rządziło (był to najdłuższy chyba strajk okupacyjny w owych czasach), i po remoncie lokal wrócił do dawnej świetności. W odzyskiwanie po latach lokalu w Sukiennicach od początku był zaangażowany Wojciech, prawnuk Jana, wówczas student farmacji.
- W 1996 roku zmarł dziadek Tadeusz i teraz firmą kieruję ja - mówi Wojciech Noworolski. - Tak jak dawniej w piwnicy mamy własną pracownię cukierniczą. Nie robimy ciastek dla zewnętrznych odbiorców, tylko dla własnej kawiarni, bo nie dodajemy do nich żadnych utrwalaczy, przedłużaczy świeżości ani innej chemii i one się nie nadają do tego, żeby leżeć dłużej niż 24 godziny. Dla handlu nie jesteśmy więc pożądanym partnerem.


Prześlij»
Drukuj»
Komentuj»






