-
Jerzy Safader
prezes Polskiego Stowarzyszenia Przetwórców Ryb i właściciel słupskiej firmy Stanpol
Polacy nie są rybojadami, każdy z nas zjada średnio 5,5 kg ryb i ich przetworów rocznie (wliczając w to obowiązkowego wigilijnego karpia) - prawie trzykrotnie mniej niż przeciętny Europejczyk, nie mówiąc już o Duńczykach (29 kg) czy Szwedach (21 kg). Nic dziwnego, że nasze przetwórstwo ryb żyje w znacznej mierze z eksportu.
Dotyczy to jednak przede wszystkim tuzów tego rynku. Większość (ok. 80 proc.) z ponad 250 zakładów, działających obecnie w tej branży, to średnie i małe firmy, zaopatrujące rynek lokalny i zatrudniające 10-50 pracowników. Wytwarzają one ryby wędzone lub solone - najprostsze wyroby, nie wymagające zaawansowanych procesów przetwórczych i specjalnych linii technologicznych. W tej branży wielkość zakładu silnie jest powiązana z profilem produkcji: takie wyroby, jak konserwy, marynaty i mrożonki, mogą wytwarzać tylko duże, nowoczesne firmy. Właśnie w tym segmencie widoczna jest znaczna koncentracja produkcji.
Ponad połowa przetwórni usytuowana jest w paśmie nadmorskim - w województwach pomorskim i zachodniopomorskim. Sporo zakładów jest też na Śląsku i w Zagłębiu, gdzie występuje tradycyjnie duży popyt na produkty rybne.
Rozdrobnieni jak w Europie
Stopień koncentracji w polskiej branży przetwórstwa rybnego odpowiada sytuacji, jaka ma miejsce w całej Wspólnocie Europejskiej. Autorzy ubiegłorocznego unijnego raportu, dotyczącego sytuacji na rynku rybnym, konstatują, że "średni rozmiar wielu przetwórców rybnych w UE jest względnie niewielki". Autorzy raportu zwracają uwagę, że globalna konkurencja dotycząca surowców zmusza firmy do koncentracji na globalnym pozyskiwaniu źródeł, a wielu przetwórców jest zbyt małych, by wdrożyć w pełni rozwinięte, innowacyjne strategie oraz spełnić wymagania największych klientów, obejmujące także rygorystyczne normy środowiskowe i jakościowe. W związku z tym - konkluduje europejski raport - można oczekiwać większej konsolidacji przemysłu przetwórstwa rybnego w UE.
Inna specyfika branży w Polsce to duży i wciąż rosnący import ryb - w ub.r. prawie 350 tys. ton. Polskie rybołówstwo i rodzima akwakultura (czyli hodowla ryb) nie może zapewnić naszym przetwórcom wystarczającej ilości surowca, poza tym dawno wyszli oni poza bałtyckie (nie mówiąc o śródlądowych) gatunki.


Prześlij»
Drukuj»
Komentuj»







